Splot cudownych
zdarzeń
W jakiś dziwny, a raczej cudowny sposób,
znalazłem w szufladzie mojego biurka dokument sprzed ponad 80 lat: pamiątkę wstąpienia
do Apostolstwa Modlitwy. Od tamtego czasu było tak wiele tułaczki po Polsce i po
Europie...
To zasługa moich rodziców i ręka Opatrzności
Bożej, że w 1922 roku zostałem w Krakowie przyjęty - przez ks. jezuitę Jana
Roztworowskiego - do Apostolstwa Modlitwy. Zostałem wtedy oddany pod szczególną opiekę
Najświętszego Serca Pana Jezusa.
Jako dziecko nie mogłem wówczas o tym wiedzieć.
Pamiętam tylko, że wspólnie z rodzicami, którzy należeli do AM, przy codziennym
pacierzu odmawialiśmy modlitwę Boskie Serce Jezusa - której słowa pamiętam do
dziś. To niedawne przypadkowe odnalezienie dokumentu wpisania mnie do AM było dla mnie
olśnieniem. Nagle zrozumiałem wielką opiekę Bożą nade mną i nad moją rodziną.
Dlaczego jeszcze żyję? Dlaczego szczęście nie opuszcza mnie i mojej rodziny? To
olśnienie wzbudziło we mnie wielką wdzięczność dla Boskiego Miłosierdzia, którą
pragnę wyrazić poprzez to świadectwo.
W dzieciństwie i w młodości
Kiedyś, w Okopach Świętej Trójcy, jako
kilkuletni chłopak stoczyłem się z 30-metrowej skały zbruczowej i zatrzymałem się
nad kilkunastometrowym urwiskiem, chwyciwszy w locie dorodny krzak pokrzyw.
Innym razem, biegnąc ulicą, zbliżałem się do
bramy Lwowskiej. Na odgłos nadjeżdżającego autobusu zszedłem z jezdni do rowu.
Autobus, z wycieczką, rozbił się w tej właśnie bramie. Ujrzałem, jak w moją stronę
pędzi samo podwozie autobusu; zatrzymało się tuż przede mną, na odległość
wyciągniętych w geście obronnym dziecięcych rąk.
Pewnego razu, pływając w Dniestrze, zacząłem
tonąć. Nurt rzeki porwał mnie, a kiedy poczułem dno, gwałtownie się odbiłem.
Wypłynąłem i dotarłem do brzegu.
Jeszcze inne zdarzenie z okresu mojego dzieciństwa
związane jest z zabawą w piaskownicy, w której często się bawiliśmy. Znajdowała
się ona pod wysokim oknem domu, zamurowanym cegłami. Pewnego dnia rodzice zabrali nas do
kościoła na nieszpory majowe, które sami organizowali, bo nie było księdza. Gdy
wróciliśmy z kościoła, cała ściana z cegieł leżała zawalona w piaskownicy,
którą niedawno opuściliśmy.
Opiekun mojej rodziny w czasie II wojny światowej
Było to w roku 1939 w miejscowości Okopy
Świętej Trójcy, około 300 km na południowy wschód od Lwowa, na kresach II
Rzeczypospolitej Polskiej, gdzie Zbrucz wpada do Dniestru. Dwa dni przed dojściem do nas
wojennej pożogi w mieście zjawiają się - jak posłańcy Nieba - dwaj oficerowie Wojsk
Polskich, porucznicy: Jerzy Lewandowicz i Opioła, uciekający przed Niemcami aż spod
Krakowa. Porucznik Jerzy miał przestrzelone płuco. Moja matka ratowała ich obu, byli w
bardzo opłakanym stanie. Po dwóch dniach od tego zdarzenia obudzili oni moich rodziców
przed świtem i niemal siłą skłonili nas do opuszczenia wraz z nimi miejsca naszego
pobytu. Twierdzili, że jest zmowa Rosji z Niemcami, bo Ruscy nie strzelali do niemieckich
samolotów, które bezkarnie przelatywały granice. Rodzice zostawili cały dorobek życia
i uciekli do Rumunii z trzema moimi braćmi, przeprawiając się łodzią przez Dniestr.
Uciekli w ostatniej chwili, bo - będąc już w łodzi - słyszeli za sobą strzały.
Potem przeszli przez rumuńskie błota i, doświadczywszy nędzy i głodu, udali się
przez Włochy do Francji. Ja - szczęśliwym zrządzeniem Opatrzności - od sierpnia 1939
roku byłem we Lwowie. Gdybym był z rodzicami, nie wiem, czy by uciekali, bo jestem
optymistą i konserwatystą. Ksiądz pallotyn, który był wówczas w Okopach Świętej
Trójcy, aby tam założyć parafię, został przez bolszewików schwytany i zamęczony w
drodze do Borszczowa. On to z różańcem w ręku śnił się mojej matce, gdy modliła
się o wyzwolenie z głodu, nędzy i okropnego błota w małej wiosce rumuńskiej. Ratunek przyszedł, właściwie przyjechał, niespodziewanie i
szybko wraz z innymi polskimi tułaczami, jadącymi do Rumunii. Po wielu przejściach w
Rumunii rodzice wyjechali przez Włochy do Francji. Tam, wciąż ścigani przez gestapo,
wielokrotnie w cudowny sposób uniknęli aresztowania i śmierci. Ale to jest osobny
rozdział. Wspomnę tylko, że mój brat Kazimierz, który przedostał się przez zieloną
granicę do Hiszpanii, został schwytany i uciekł z konwoju w pole pszenicy, ostrzeliwany
przez ścigającą go policję z broni maszynowej. W Hiszpanii przebywał w ciężkim
więzieniu, a później dotarł do Anglii, gdzie został marynarzem i brał udział w
akcji zatapiania Bismarka. Brat Józef był lotnikiem RAF-u i bombardował Niemcy.
Najmłodszy brat Tadeusz był z rodzicami przez całą wojnę we Francji. Cała rodzina
ocalała i po zakończeniu działań wojennych w zdrowiu wróciła do Polski.
Pan Jezus moim opiekunem podczas działań wojennych
W roku 1940 groziła mi śmierć z powodu
gruźlicy płuc - miałem w prawym płucu dwie dziury i już plułem krwią. Po czwartej
sztucznej odmie uciekłem z rosyjskiego wojskowego szpitala w Hołosku do Lwowa. Szedłem
około 7 km na piechotę; był marzec, a ja miałem na sobie tylko letnie ubranie i
dziurkowane półbuty. Szedłem bardzo wolno, bo brakowało mi tchu. Kiedy dotarłem do
mieszkania we Lwowie, znużony zasnąłem twardym snem. Miałem gorączkę z powodu
zapalenia płuc. W nocy śniło mi się, że zewsząd ogarnia mnie ogień; słyszałem
jego szum i huk. Obudziłem się i usłyszałem szum gazu, wydobywający się z nie
zakręconego przeze mnie kurka. Ten sen ocalił mnie przed zatruciem się gazem.
W roku, w którym nawała niemiecka ruszyła na
wschód, na ZSRR, przebywałem u krewnych w małym powiatowym miasteczku kresowym.
Zajmowałem pokoik jako rekonwalescent. Nagle zjawił się mundurowy Niemiec z trupią
główką na czapce i nakazał mi natychmiast opuścić pokój, bo on musi go zająć.
Wybiegłem za nim, tłumacząc mu, że mam gruźlicę płuc i prątkuję i że
zamieszkanie z rodziną jest niemożliwe, że pokoju nie opuszczę. Wtedy on, rozjuszony
do wściekłości, wydobył granat i zagroził mi: Tym granatem rozwalę dom i twoją
rodzinę. Mówiąc to, złożył się do rzutu. W tym momencie wszedł na podwórze
oficer niemiecki i przerażony krzyknął do niego po imieniu: Stój, co robisz?!
Schowaj granat natychmiast! Za godzinę jedziemy dalej, mamy już rozkaz. Podszedł do
mnie, przedstawił się uprzejmie i powiedział: Jestem księdzem. I tak bym nie
zamieszkał w tym pokoju. Mamy rozkaz natychmiastowego wyjazdu. Po ich odejściu
szybko wyrzuciliśmy do szamba odbiornik radiowy, schowany w mojej szafie. Za posiadanie
radia groziła kara śmierci.
Po wojnie
W roku 1945 w drodze repatriacyjnej ze Lwowa na
Zachód, w miejscowości Rawa Ruska, zostałem zatrzymany i wyprowadzony z wagonu wraz z
pewną rodziną, której towarzyszyłem. Zostałem oskarżony o przewożenie
antysowieckiej bibuły. Bóg nas wtedy ocalił, bo znaleźli prawdziwego sprawcę.
Po zakończeniu wojny, w końcu lat czterdziestych w
miasteczku Złoty Stok byłem kierownikiem kina. Mój pracownik oskarżył mnie o
nadużycia. Ostatecznie przeprosił mnie i w ostatniej chwili wycofał z sądu fałszywe
oskarżenie.
W 1953 roku przyjechałem wraz z rodziną do Krakowa.
Przeżyłem wiele trudności w związku z zameldowaniem i z pracą, bo Kraków był
wówczas miastem zamkniętym. To oddzielny rozdział mojego życia, także wypełniony
doświadczaniem nieustannych Łask Bożych.
W okresie PRL ciągle byłem w pracy podejrzewany (na
skutek donosów) jako bezpartyjny i z powodu niemieckiego nazwiska. Byłem bezpodstawnie
oskarżony i aresztowany, ale wkrótce zostałem oczyszczony z zarzutów. Pan Bóg
kierował moimi losami, bo w tej samej firmie, w której pracowałem, znalazł się
pracownik, który osobiście znał moich rodziców z Okopów Świętej Trójcy, a sam
pochodził z moich stron.
Wspomnę tu jeszcze moje ocalenie spod milicyjnej
Nyski z lat 80. Siedzący w niej kapitan już szukał mnie pod samochodem. Ja jednak,
w jakimś intuicyjnym odruchu, odbiłem się od maski samochodu w bok i upadłem na
jezdnię obok samochodu.
W III Rzeczpospolitej
Obecnie mam własny dom, rodzinę, synów, wnuki
i dożywam reszty moich dni na emeryturze. Odnaleziony dokument wstąpienia do Apostolstwa
Modlitwy olśnił mnie prawdą, której dotąd nie doceniałem: że wypadki i zdarzenia,
które uważałem za naturalne, były wyrazem szczególnej Opatrzności Bożej i Bożego
Miłosierdzia, które mnie - jak dziecię - za rękę prowadziło.
Tym opisem wydarzeń z mojego życia i doznanych
łask składam publiczny hołd Bożemu Sercu. Dzięki Ci, Panie Boże, za wszystko: za
Twoją obecność w moim życiu i w każdym człowieku, za opiekę, za każde uderzenie
serca, które jest tylko Twoją własnością, i za ten piękny świat, który mogę
jeszcze oglądać, słyszeć i poprzez który mogę Cię chwalić; za rodzinę, którą mi
dałeś, za Twoich Aniołów, których mi zsyłasz w potrzebie, i za wszystko, co mi
dajesz lub czego mi odmawiasz, abym więcej się modlił i bardziej ufał Tobie.
Dziękuję także za zdrowie - mimo choroby - i za to, że Jesteś i że ja, niegodny,
jestem z Tobą. Dzięki Ci, Panie Jezu!
Drogi Czytelniku, moje życie - naznaczone tyloma
łaskami - pokazuje, że warto wstąpić do Apostolstwa Modlitwy, powierzając się
Bożemu Sercu, i że warto postarać się o dokument wstąpienia.
|