Ksiądz Beyzym to wcielenie
niezłomności twardej jak mur - męstwa nie znającego lęku i serca gorącego wylaniem,
a czystego jak kryształ. To bohater, jakich mało wydała ludzkość. (...)
Madagaskarowi złożył w ofierze bezinteresownie swe piękne życie, swoją wielką
miłość i - uciułany grosz polskiego społeczeństwa.
Arkady Fiedler
Uczący się w Chyrowie chłopcy
nazywali o. Jana Beyzyma drugim Juliuszem Verne. Przepadali bardziej za opowiadanymi przez
niego historiami niż za lekturą książek tamtego znanego pisarza. On sam nazywał
siebie Tatarem i uważał się za żebraka zbierającego jałmużnę w imię
Chrystusa. Współbracia nazywali go Kozakiem; w ich oczach uchodził za oryginała
i marzyciela. Współczesna mu prasa francuska określała go polskim samarytaninem.
W swych listach określał sam siebie: posługacz trędowatych oraz tatarsko-afrykańska
mość.
Jego postać towarzyszyła mi - można by rzec - od
zawsze. Jako maturzysta dostałem od mojego katechety książkę Teresy Weyssenhoff pt. Ojczyzna
z wyboru, opisującą pracę misyjną o. Beyzyma. Zachwyciłem się tą postacią.
Po moim wstąpieniu do nowicjatu jezuitów w Starej
Wsi spotkaliśmy się - owszem jakby poza czasem, ale w tej samej przestrzeni. O. Beyzym
bowiem spędził w Starej Wsi prawie sześć lat życia zakonnego. Tu zaczęły się jego
pierwsze marzenia o pracy misyjnej. Tu odbywał - pod okiem o. Henryka Jackowskiego SJ -
swój dwuletni nowicjat oraz tu w latach 1872-77 studiował filozofię. Później
przebywał tu również na tak zwanej trzeciej probacji, którą odbył pod
kierunkiem o. Michała Mycielskiego SJ w latach 1884-1885. Po latach wspominając to
miejsce o. Beyzym powiedział: Nie pamiętam, żebym się kiedy w życiu czuł tak
swobodnym i szczęśliwym, jak wtedy, kiedy się za mną furta zamknęła i usłyszałem:
jesteś przyjęty.
W nowicjacie przeczytałem o ojcu Beyzymie
książkę autorstwa o. Czesława Drążka SJ pt. Posługacz Trędowatych. Mocno
mnie wzruszyły cytowane tam listy misyjne o. Jana. Podziwiałem jego wielką wiarę jako
misjonarza, jego samozaparcie i ufność w opiekę Maryi; z dużym przejęciem czytałem o
wielkiej biedzie Malgaszów, o cierpieniu chorych na trąd i o zmaganiu, jakie ten
niestrudzony misjonarz podejmował z piętrzącymi się zewsząd trudnościami.
W kolegium w Starej Wsi, w dużej sali zwanej asceterium,
w której jako nowicjusze odbywaliśmy medytacje i słuchaliśmy konferencji mistrza
nowicjatu, na ścianie wisiał portret o. Beyzyma - powieszony obok jezuickich świętych
i kandydatów na ołtarze. Portret ten był miernej jakości, ale przedstawiona na nim
postać wyróżniała się spośród innych: oblicze smutne, wyraz twarzy raczej szorstki,
głowa nakryta jasnym kapeluszem, oczy spokojne, zapatrzone w dal; na sutannę miał
nałożony szary fartuch - znak, że praca, którą wykonywał, wiązała się z
możliwością pobrudzenia się. Nie miał aureoli, ale pamiętam, że nie tylko dla mnie
już wtedy był on święty i warto było poznać bogactwo jego duszy.
Kiedy jako nowicjusz wykonywałem w kolegium prace
porządkowe, chciałem sprzątać znajdującą się tam izbę pamięci - muzeum. Chociaż
każda praca była wyznaczana, to kilka razy udało mi się popracować w muzeum. Było to
dla mnie fascynujące zajęcie, gdyż mogłem przyjrzeć się będącym tam eksponatom z
bliska i potrzymać je w dłoni. Było to zupełnie inne doświadczenie niż oglądanie
ich przez szybę. Po tym naszym muzeum wycieczki oprowadzał wówczas o. Józef Pietruszka
SJ. Czasami przestawiłem coś w inne miejsce i powodowało to komiczne sytuacje.
Przewodnik opowiadał bowiem te same historie wiele razy, a eksponaty dotąd były
ułożone według ustalonej kolejności. W danym miejscu miała być na przykład
zasuszona noga słonia, a po moim posprzątaniu znajdowała się ona zupełnie gdzie
indziej.

Pamiątki po o. Bezymie wystawione
były w oszklonej szafie i to one właśnie najbardziej przyciągały moją uwagę. Z
zainteresowaniem wycierałem je z kurzu, znacznie dokładniej niż inne eksponaty.
Budziły one bowiem mój podziw, szacunek i jakiś respekt dla tej znanej mi z lektur
postaci. Nie podobała się mi tylko włosiennica (pas pokutny); była zbyt ostra i zbyt
szorstka w dotyku. Za to wspaniałe były trzy drewniane ramy do obrazu, które o. Beyzym
wyrzeźbił własnoręcznie dla wizerunków Matki Boskiej Częstochowskiej. Jeden z
eksponowanych tam obrazów (średni) pochodził z jezuickiej kaplicy domowej konwiktu w
Chyrowie. Ocalał w 1939 roku i został przywieziony do Starej Wsi, gdzie znalazł godne
schronienie. Podobnie ocalały pamiątki medyczne po o. Beyzymie, tj. narzędzia, których
używał w infirmerii w Chyrowie, lecząc tam chorych chłopców i służąc im z wielkim
oddaniem. Wykorzystywał przy tym swój talent gawędziarski, opowiadając im
najrozmaitsze historie. Ojciec Jan był bowiem przez osiem lat prefektem infirmerii w
Chyrowie i zarządzał tam lecznicą szkolną, w której bywali liczni chorzy,
szczególnie zimą. Miał wtedy do kilkudziesięciu pacjentów.
Wśród pamiątek po o. Beyzymie bardzo ciekawy był
stetoskop. Interesujące były też stara pinceta, nożyczki, a nawet biała lniana chusta
i płócienny woreczek. W szklanej szafie starowiejskiego muzeum widniała też alba o.
Beyzyma, którą zakładał on do odprawiania Mszy świętej. Na tej albie było
przewieszone czerwone cingulum, ale według mnie nie należało ono do o. Beyzyma i
już wtedy poddawałem w wątpliwość jego autentyczność. Było ono chyba dużo
późniejsze, co zdradzał mocny kolor i współcześnie stosowany splot nici. Na pewno
oryginalny był metalowy krzyżyk zakonny, który o. Jan zawsze nosił ze sobą. Wśród
eksponatów był też różaniec z drewnianymi paciorkami, wykonany przez niego dla o.
Antoniego Augustyna. W szafie za szklanymi drzwiami znajdowały się też dwa obrazy,
oprawione w ramę wyrzeźbioną przez o. Beyzyma, w tym jeden z 1888 roku. Trzeci obraz w
zwieńczeniu ramy miał dwie relikwie świętych. Wśród tych pamiątek po misjonarzu
była też drewniana kropielniczka, zrobiona przez niego w 1903 roku; była ona bardzo
zniszczona, ale miała piękny roślinny motyw i - lekko uszkodzony - krzyżyk na
zwieńczeniu. Interesujące było też małe, wyplecione przez o. Jana pudełeczko,
przysłane z Madagaskaru w darze dla jego wychowanka z Chyrowa, dr. Ausberskiego. Wśród
eksponatów był też drewniany krzyż, ofiarowany przez o. Józefa Chromika SJ, w 1976
roku, też przysłany z Madagaskaru. Podobno wykonał go o. Beyzym. Są na nim motywy
roślinne podobne do tych, których o. Jan używał do dekoracji ram obrazu na
Madagaskarze.
Pamiętam, że kiedy nie mogłem posprzątać muzeum,
wtedy swoistym pocieszeniem była dla mnie możliwość wyfroterowania starych, mocno
zniszczonych schodów wiodących do kaplicy, po których kiedyś chodził nie tylko o.
Beyzym.
Podczas studiów mój kontakt z o. Beyzymem nie
przerwał się. W zakonnej kaplicy często modliliśmy się za jego przyczyną o łaski
potrzebne nam i naszym bliskim, prosząc Boga o jego beatyfikację. Zwykle powierzaliśmy
mu sprawy niełatwe, a czasami wręcz beznadziejne. Panowało przekonanie, że jest to
bardzo wymagający protektor. Wiele razy nie widzieliśmy efektu naszej modlitwy, ale
wierzyliśmy, że kiedyś jego wstawiennictwo okaże się skuteczne.
Jako młody kapłan katechizowałem niełatwą
wrocławską młodzież. Kiedy czytałem im listy o. Beyzyma i pokazywałem czarno-białe
przeźrocza, zrobione ze zdjęć nadesłanych kiedyś przez tego misjonarza z Madagaskaru,
wtedy był spokój.
Wiele lat później, pracując jako duszpasterz w
Chicago, napisałem o ojcu Beyzymie artykuł do katolickiego pisma młodzieżowego Nowe
Życie. Chciałem w ten sposób przypomnieć miłość i szacunek tego misjonarza do
ludzi chorych na trąd. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Młodzi ludzie szybko
zainteresowali się tą postacią i często zaglądali na stronicę internetową, na
której umieściłem oryginalne zdjęcia z pracy misyjnej o. Beyzyma. Następnie w Posłańcu
Serca Jezusowego opublikowałem wywiad, jaki przeprowadziłem z moim współbratem o.
Tadeuszem Kasperczkiem SJ, który pracuje na Madagaskarze jako misjonarz.
Spowiadając w Bazylice Serca Pana Jezusa w Krakowie
- w której jest okazały relikwiarz o. Jana Beyzyma, wyrzeźbiony przez Malgaszów w
palisandrowym drewnie - często zachęcałem penitentów, aby pomodlili się za
wstawiennictwem tego misjonarza o łaski dla siebie i dla misjonarzy.
Do dziś mam w albumie stary, pożółkły obrazek o.
Beyzyma, który ofiarowała mi moja mama w dniu mego wstąpienia do nowicjatu. Jest na nim
wizerunek misjonarza z dwoma trędowatymi, podobizna jego własnoręcznego podpisu oraz
modlitwa o jego beatyfikację, pochodząca z roku 1928.
Dużo już napisano o tym gorliwym misjonarzu i
wielu, zna jego życiorys. W tym artykule pragnę skupić się na pamiątkach, jakie po
nim pozostały, przede wszystkim w Starej Wsi i w Krakowie. Jego ewangeliczne dzieło
miłosierdzia przysłania to, co po nim pozostało. Chcę wspomnieć o tych pamiątkach z
mojej własnej perspektywy. Dla mnie są one świadectwem pracy, talentu i praktycznego
podejścia do życia o. Beyzyma.
Polskie przysłowie mówi: Nie święci garnki
lepią. A jednak w odniesieniu do o. Beyzyma jest ono zgoła fałszywe. On przecież
opatrywał rany chorym, pięknie rzeźbił, napisał wiele listów do dobroczyńców,
prosząc o pomoc (w archiwum jezuickim w Krakowie jest ich 568). To on sadził drzewa,
warzywa, pielęgnował kwiaty, dopilnowywał robót przy powstającym szpitalu dla
trędowatych. W pracy z trędowatymi wykorzystywał dziecięce gry, zdjęcia i rysunki
nadesłane z Polski. Pokazywał im ilustrację parowozu, którego nigdy nie widzieli, a
chcieli wiedzieć, co to takiego pociąg.

Zobaczmy jeszcze, jakie
świadectwo dali o ojcu Beyzymie inni i co on sam pisał o sobie.
Z okresu studiowania filozofii wspomina go w swoich
pamiętnikach o. Alojzy Warol SJ: Nie była to głowa metafizyczna, ale widać już
wtedy było, że miał wielkie serce dla chorych, przy których lubił siedzieć.
Uczyliśmy się od niego wyrobu różańców i koronek. Umiał wycinać piłeczką różne
bawidełka, sporządzać eleganckie klatki na ptaki z ganeczkami i wieżyczkami, jakby
jakie wille szwajcarskie, osadzać obrazy w ramach pięknie upstrzonych w formie falban,
haftów, koronek - wyrabiał sztuczne kwiaty.
W Chyrowie o. Beyzym przyozdabiał wyhodowanymi
przez siebie kwiatami pokoje rekonwalescentów oraz ołtarz w infirmerii, przed którym
odprawiał dla chłopców Mszę świętą. Urządził im też akwarium, miał wiewiórkę
i kanarka i zrobił dla nich klatki. Ojciec Czesław Drążek SJ we wspomnianej książce
pisze: Podczas całego pobytu na Madagaskarze Ojciec nie wypuszczał z ręki dłuta i
pióra. Jedno narzędzie służyło mu do budowania ołtarza i przyozdabiania kaplicy
trędowatych, drugie pomagało w zdobywaniu jałmużny.
Na misji w Maranie o. Beyzym miał swój warsztat
stolarski, w którym pracował z oddaniem. Często brał do rąk łopatę i taczki
i pomagał robotnikom budującym szpital. Sam sporządził projekt specjalnych krzeseł
służących do transportu chorych, aby można było przynieść ich do kaplicy na Mszę
świętą. O. Leon Derville SJ, świadek jego pracy, napisał: Najpierw cały czas
pochłania mu urządzanie schroniska, po czym poświęca się całkowicie upiększaniu
kaplicy. Jest stolarzem, rzeźbiarzem, malarzem. Ołtarz i jego rzeźby, ramy obrazów,
są dziełem jego rąk. Patrząc na nie, nikt nigdy nie domyśliłby się nawet, że do
takich arcydzieł O. Beyzym posługiwał się lichym drewnem z pak.
W jednym ze swych listów o. Jan pisał: Obraz
Matki Boskiej Częstochowskiej, który kupiliśmy razem z Ojcem w Krakowie, jest oprawiony
w palisandrową ramę. Wyrzeźbiłem ją, jak umiałem, ale nieźle wygląda. W górze
jest tarcza z imieniem ŤJezusť, a na dole z imieniem ŤMaryjať; naokoło winogron.
Powiedziałem moim biedakom, że to z Polski przysłane. [...] Teraz muszę Ojcu
donieść o jednej rzeczy, której by Ojciec nie przypuszczał. Ja, samouk, nie umiejący
wcale rysować, bom się nigdy nie uczył, ja, mogący zaledwie być za chłopaka u
jakiego rzeźbiarza, i to jeszcze, kto wie, czy by mnie przyjął, ja uchodzę tu za
rzeźbiarza! Przyczyna tego bardzo prosta: na całym Madagaskarze nie ma ani jednego
rzeźbiarza, zatem ja, mogący wyskrobać jakikolwiek listek, uchodzę tu za ukończonego
rzeźbiarza (List z 14 X 1899).
[...] Mój kościół bodaj czy w nie gorszym
stanie obecnie, jak betlejemska stajenka. Ściany zbrukane od deszczu i popękane
rozchodzą się na wszystkie strony - chorzy muszą wybierać miejsca, gdzie by mogli
rozesłać rogóżki, na których siedzą, bo w kościele błoto (teraz właśnie pora
deszczowa). Ołtarz z gliny zrobiony, tak jak i ściany, tylko parę kawałków deski
położono zamiast mensy i stopnia: ozdobiłem go, jak mogłem zielenią (kwiatów jeszcze
nie mogę dostać); ot i cała prawda. Wie Ojciec drogi, że Matka Boska Częstochowska w
rzeźbionej ramie i ten obraz niby cośkolwiek ozdobiony wygląda w tym kościele
zupełnie jak piękny bukiet przy dobrze zasmolonym kożuchu (List z 28 XII 1899).
Drogiemu Ojcu posyłam kilka fotografii z mojego
schroniska. Może będziecie mogli tam w kraju mieć słabe wyobrażenie o trądzie i
biedzie, w jakiej się moi chorzy znajdują. Mam kilku gorzej chorych, ale ich trudno
męczyć fotografowaniem, więc ich nie wziąłem (List z 13 I 1900).
Te zdjęcia są wspaniałym świadectwem pracy o.
Beyzyma i świadkiem jego heroicznej miłości bliźniego.

Przy rzeźbieniu tabernakulum
pękło mi na dwoje wąziutkie półokrągłe dłutko; część z ostrzem spadła na
stół, a część pozostała w rączce wpakowała mi się w lewą dłoń, z brzegu tuż
obok wskazującego palca. Coś chrustnęło przy tym, ale ja sobie z tego nic nie
robiłem. [...] Wyjąłem dłutko z ręki [...] zatamowałem krew i dalej
robiłem. Ale pod wieczór [...] łapa mi spuchła; zacząłem dobrze czuć, że
ją mam, i przy tym dostałem dreszczy jak w febrze; zrobiłem okład z wody i koniec na
tym. [...] Ukląkłszy zatem przed obrazem Matki Najświętszej, prosiłem, żeby -
jeżeli Jej wola i łaska - pozwoliła inaczej jakoś pocierpieć, a rękę żeby
wykurowała, bo przecie tabernakulum skończyć muszę (List z 28 II 1900).
Wszystkie roboty rzeźbiarskie i ogrodnicze to
moja rzecz, w tym nikt mi już pomóc nie może. Obmyślam obecnie plan ogrodu i zbieram
potrzebne rośliny. Niech drogi Ojciec stara się dla mnie koniecznie dostać skąd
trochę nasienia brzozy i grabu, bo koniecznie potrzebuję (List z 13 I 1902).
Tymczasem w ogrodach robi się, co można, i z
rzeźbą śpieszę, jak mogę, żeby móc zakładową kaplicę jak najlepiej ozdobić
(List z 11 IX 1906).
Patrząc na o. Beyzyma pracującego wśród
trędowatych na Madagaskarze, można dostrzec Jezusa, który dotyka człowieka omijanego
przez wszystkich (Łk 5, 12-13). Ojciec Jan żył dla trędowatych, kochał ich, służył
im i wśród nich umarł i spoczął.
Dziś - tak jak za życia o. Beyzyma - punktem
centralnym Marany jest kaplica, którą on sam zbudował i w której króluje Matka Boska
Częstochowska. Wspomina się tam o. Beyzyma i darczyńców z jego dalekiej Ojczyzny. Nic
więc dziwnego, że kiedy 1 maja 1989 roku na Madagaskar przybył Papież Polak i na
stadionie w Fianarantsoa odprawiał Mszę świętą, było tam ponad 100 tysięcy
wiernych. Ojciec Święty sprawował Najświętszą Ofiarę używając kielicha o.
Beyzyma. Celebrował ją przed przywiezionym z Marany obrazem Matki Boskiej
Częstochowskiej, oprawionym w piękną ramę, wyrzeźbioną kiedyś przez o. Beyzyma.
Przemawiając do Papieża, arcybiskup Fianarantsoa powiedział: Ufamy, że Kościół
sprawi nam pewnego dnia [...] radość z powodu wyniesienia na ołtarze o. Jana
Beyzyma.
Chwila ta jest już bardzo blisko. |